Doszedłem chyba do tego momentu, w którym zaczynam rozumieć, dlaczego wielu młodych ludzi popełnia samobójstwo na początku brania SSRI.

Mija czwarty dzień odkąd zwiększyłem dawkę z kinder-dawki (25 mg/dobę) na której dotąd byłem do dawki póki co docelowej (50 mg/dobę). Moje dni dzielą się na dwa rodzaje:

a) dni euforycznego wręcz szczęścia, kiedy dochodzę do wniosku że życie jest bardzo piękne i proste kiedy lek zbija mi obsesje i kompulsje i w ogóle kocham świat i ludzkość, za to że stworzyła sertralinę, a najbardziej kocham sertralinę ;

b) dni w których myślę “A może jednak OCD mi wróci” (typowa ruminacja, miewałem takich w chuj bez leków) i mimo że ta myśl nie trwa długo to stres fizjologiczny narasta aż do momentu kiedy nie jestem w stanie ani spać, ani skupić się, ani niczym cieszyć, mam ochotę wszystkich wymordować i dostaję pierdolca.

Podsumowując, mam dni fenomenalnej poprawy i równie fenomenalnego pogorszenia. Kontrast zabija. Jednego dnia jesteś w niebie, drugiego spadasz na łeb, na szyję do piekła.

Advertisements

Mycie rąk jest problemem

Jeżeli spojrzymy jednak na statystyki, okazuje się że kompulsywne mycie rąk jest jednak jednym z najczęstszych typów natręctw u wielu osób z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi. Jest to objaw na tyle rozpowszechniony, że moja lekarz psychiatra podczas pierwszej wizyty zapytała mnie “Czy na pewno uważa pani, że potrzebne jest pani leczenie, bo wie pani, niektórzy to nawet nie wychodzą z domu tylko myją te ręce”. Na początku się wkurzyłem – no bo co to za różnica, czy myję ręce do krwi, czy np. muszę jeść w określonych godzinach nie będąc głodny i stale się przejadam (co robiłem), ale gdy potem poszedłem do domu i poczytałem, stwierdziłem że rzeczywiście, w moim braku przesadnego mycia rąk jest coś dziwnego. Jest to bowiem najszerzej rozpowszechniona kompulsja. Charakterystyczne jest też to, że występuje ona również w krajach, gdzie troska o higienę jest mniejsza niz w krajach zachodnich lub w krajach gdzie nawyki higieniczne są inne, niż częste mycie rąk. Jest to jeden z argumentów świadczących za tym, że zespół natręctw jest tak naprawdę wrodzonym zaburzeniem neuropsychiatrycznym, a nie, jak niegdyś uważano, uwarunkowanym kulturowo problemem środowiskowym.

Dawne szkoły psychologiczne wywodzące się z psychoanalizy przyczyn zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych doszukiwały się w surowych rodzicach, przytłaczających dzieci nadmiarem oczekiwań i obowiązków. Pozbawione zdolności do swobodnej ekspresji internalizują one narzucone im przekonania, rozwijając nadmierną samokrytyczność i manii kontroli. Stłumione konflikty wracają jednak na powierzchnie w postaci niechcianych, intruzywnych myśli “obsesji” które wyciszyć można tylko powtarzaniem bezsensownych rytuałów (kompulsji). W takim ujęciu pracuje z pacjentem terapeuta psychodynamiczny. Niektórym to pomaga, ale po dzień dzisiejszy metoda ta nie ma skuteczności udokumentowanej naukowo.

Odmienne podejście reprezentuje szkoła behawioralno-poznawcza, która w przeciwieństwie do pierwszej wymienionej, ma dobrze udowodnioną skuteczność. Szkoła ta charakteryzuje zaburzenia obsesyjno-kompulsywne jako zaburzenie lękowe, wynikające z błędnej oceny własnych myśli pod kątem prawdopodobieństwa zagrożenia. Każdy miewa czasem dziwne, lub bezsensowne myśli z którymi nie do końca może się utożsamić. Różnica między osobą zdrową a obsesyjną miałaby polegać na tym, że osoba zdrowa prawidłowo ocenia te myśli jako nieracjonalne i nie inwestuje energii w martwienie się nimi, podczas gdy osoba chora mylnie intepretuje ich treść jako realne zagrożenie przez co skupia się na nich bardziej niż osoba normalna i niejako je “utrwala”. Budzą one też lęk na tyle silny, że osoba chora czuje się zmuszona do podejmowania, często nieracjonalnych zachowań aby przed percypowanym zagrożeniem się zabezpieczyć, co objawia się na zewnątrz jako zachowania kompulsywne. Nerwicę natręctw leczy się w tym ujęciu tak jak leczy się fobie, poprzez stopniową ekspozycję na czynniki wywołujące lęk i nauczenie się opanowywać go w sposób racjonalny, bez uciekania do kompulsji. Jest to sposób leczenia sprawdzony i wiele osób uzyskuje w ten sposób poprawę; wątpię czy ja bym uzyskał, ale to już temat na osobny wpis.

Zwolennicy biologicznej etiologii choroby patrzą na to od zupełnie innej strony – to nie wadliwy sposób myślenia powoduje zaburzenie, lecz wrodzona nieprawidłowośc ośrodkowego układu nerwowego powoduje wadliwe myślenie. Nie jest to więc zaburzenie nerwicowe, lecz endogenne, nie “nerwica natręctw” lecz “zespół natręctw”. Lecz i między nimi brakuje konsensusu co do tego, na czym dokładnie ta nieprawidłowość polega, prawdopodobnie dlatego, że sama grupa chorych jest niejednorodna jeżeli chodzi o genezę zaburzenia. Niektórzy pacjenci wykazują nieprawidłowości w przewodnictwie w obrębie tych samych rejonów mózgu, co w zespole Touretta. Rejony te odpowiadają za automatyzację, a więc zaburzenia obsesyjno-kompulsywne miałyby polegać na niewłaśiwym automatyzowaniu myśli (obsesji) i czynności (kompulsji), które nie powinny być zautmatyzowane. Zwolennicy tej teorii wydzielają zaburzenia obsesyjno-kompulsywne razem z zespołem Touretta, różnego rodzaju zaburzeniami tikowymi i zaburzeniami odżywiania w odrębną grupę zaburzeń, “zaburzenia obsesyjno-kompulsywne i inne” (tak jak w DSM-V; w obowiązującym w polskiej diagnostyce ICD-10 chyba zostały jako nerwicowe, ale mogę się mylić). Inni badacze zwracają uwagę na zwiększoną aktywność kory przedczołowej (odpowiadającej m.in. za samokontrolę i podejmowanie decyzji) u innych badanych, w związku z czym wiążą chorobę z niedostateczną automatyzacją – według tej teorii czynności które powinny zachodzić instynktownie u chorych z ZO-K nie zachodzą, stąd występująca u większości chorych chroniczna niezdolność do podejmowania decyzji, rozpamiętywanie czy próba wystandaryzowania swoich zachowań sztywnymi rytuałami.

Wreszcie, wiele badań wskazuje na zjebane przekaźnictwo serotoninergiczne jako przyczynę zaburzenia. Taka etiologia najprawdopodobniej występuje u mnie, jako że lek hamujący wychwyt zwrotny serotoniny ze szczeliny synaptycznej wywołał u mnie spektakularną poprawę.

Mycie rąk nie jest problemem

Mycie rąk nie było nigdy problemem. Chociaż, czekajcie, kiedyś myłem ręce kompulsywnie. Nie dlatego że bałem się zarazków, czy że bałem się czegokolwiek innego. Po prostu nie wiedziałem jak długo to robić. Było coś niepokojącego w myśli, że nie wiem, bo inni ludzie zadawali się wiedzieć, jak długo wystarczy. Wykonywali to automatycznie, nie zastanawiając się za bardzo. To, w jaki sposób wiedzą było dla mnie zagadką, bo ja nigdy nie wiedziałem kiedy już wystarczy. Żaden moment żeby przestać, nie wydawał się bardziej adekwatny od innego.
Myłem ręce nienaturalnie długo, nie dlatego że bałem się zarazków, tylko dlatego, że balem się, że nie będę wiedział kiedy przestać. Tak, jakbym miał jakiś brak, czarną dziurę w miejscu gdzie ludzie mają naturalne poczucie czasu.
Kiedy upływ czasu w jakiś sposób ci umyka, naturalnym odruchem w takiej sytuacji jest próbować ten czas mierzyć, żeby ustandaryzować to ile czasu zajmują ci poszczególne czynności, ale trudno jest myć ręce parząc jednocześnie na zegarek. Alternatywą staje się liczenie, Liczenie staje się twoim towarzyszem w każdej sytuacji – kiedy mieszasz herbatę po dodaniu cukru, żeby wiedzieć ile czasu dać sobie na rozbudzenie kiedy wstajesz z łóżka, liczysz albo liczbę sekund albo liczbę powtórzeń. Czasami wybierałem sobie nieadekwatną liczbę powtórzeń, np. jako dziecko mydlilem ręce pocierając rękę o rękę około 25 razy. Kiedyś odkryla to moja mama i opierdoliła mnie że to za długo i dostanę alergii więc skróciłem liczbę powtórzeń. Tak skończyła się przygoda moich zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych z myciem rąk.
Jak widać, mycie rąk nigdy nie było dla mnie problemem. Liczenie – to już co innego.

Obsesje na temat czasu były jakimś moim leitmotivem przez całe moje życie. Czasami wydawało mi się że czas leci za szybko i np muzyka którą znam ma dwa razy szybszy rytm. Czasami znowu że się zapętlił i nic nie leci tylko krąży w kółko. Kiedy moja mama sluchała albumu, gdzie pewne motywy muzyczne pojawiały się w wielu kawalkach a kawałki przechodziły w siebie płynne, bałem się że ta płyta nigdy się nie skończy. Wiedziałem, że to nieracjonalne, żeby miała się nie skończyć, ale lęk pozostawał. Czasami, kiedy oglądałem coś sam w telewizji, myśl, że program nigdy się nie skończy i będę musiał go oglądać wiecznie, była dla mnie tak przykra, że aż musiałem wyłączyć. Kiedy chodziłem bawic się do koleżanki, bałem się że rodzice nigdy mnie stamtąd nie odbiorą, and so on. Moje sny też czesto bywały zapętlone. Jako dziecko miałem koszmary w których potwarzała się w kółko jedna scena – to była ta scary part koszmaru, np. nie mogłeś wyjść z kina. Z każdym powtórzeniem traciłeś siły.
Czas leciał dla mnie inaczej niż dla innych, chyba dlatego że tak się zapętlałem. Było to dla mnie normalne że wspomnienie sprzed kilku lat dopadało mnie nagle i budziło takie same emocje jak wtedy, kiedy doswiadczałem tego w czasie rzeczywistym, Taka reminiscencja mogła trwać godziny, tygodnie, miesiące. Im starszy byłem, tym dłużej trwał ten refluks treści psychicznej i tym starsza treść mi wracała. Kiedy coś przychodziło, czas stawał w miejscu i nie bylo żadnej gwarancji, że kiedykolwiek sobie pójdzie: bezradność była traumatyczna.
Samo liczenie jako mechanizm radzenia sobie z brakiem poczucia czasu może nie wydawać się złym pomysłem. Ale kiedy choroba postępuje, tak jak u mnie, zaczynają pojawiać się dodatkowe problemy. Na początku liczba powtórzeń staje się twoja alfa i omegą, jedynym drogowskazem w morzu niepewności. Skoro jesteś bezradny co do tego jak długo coś wykonywać, liczenie staje się jedyną pewną rzeczą, do której możesz się odwołać. Narzuca to jednak bezwzględny respekt do liczby powtorzeń. To nigdy nie może być jedno za mało (nawet jak się spieszysz) bo kiedy tylko liczba powtórzeń staje się względna, znowu pojawia się ryzyko że nigdy nie skończysz. Jedna za dużo jest jakoś bardziej akceptowalna, bo przynajmniej zrobileś tyle ile mialeś.
Tak zaczyna się problem. Później pojawiają się “odrabiania”. Kiedy w kółko i stale liczysz, jednocześnie próbując skupić się na czym innym, siłą rzeczy wpadasz w swego rodzaju trans. Albo na moment rozpraszasz się i już nie wiesz do ilu doliczyłeś. Niepewność cię zabija, bo, patrz akapit wyżej, ilość jest ważna. A więc za kazde rozproszenie dodajesz sobie powtórzeń żeby upewnić się, że zrobisz wlaściwą ilość. Oczywiście im dłużej liczysz, tym bardziej jesteś zmęczony i tym częściej się mylisz. Zabawa trwa bez końca.
Ale to jeszcze nie koniec przygód. Po pewnym czasie zaczynają rodzic się w Twojej głowie inne niepokojące pytania. Dlaczego np. 4 powtórzenia? Dlaczego nie trzy albo pięć? Co jest niezwykego w liczbie cztery, że ją sobie ustaliłeś? Problemem jest to że nie potrafisz dpowiedzieć na to pytanie, bo ustaliłeś sobie tę liczbę na pałę, kiedy jeszcze byłeś zdrowszy i pojawialy się u ciebie jakieś przebłyski spontaniczności. A więc może ta liczba nie jest wlaściwa. Może trzeba wybrać jakąś mniej przypadkową, to wtedy trudniej będzie twojemu umysłowi podważyć, że robisz akurat tyle powtórzeń. A więc jaką wybieramy liczbę? Okrągłą. Jaka liczba okrągła przychodzi do głowy pierwsza? 100, to zawsze jest 100. Nie wiem dlaczego nie może to być 10. Chociaż w sumie to nie, czekajcie. Kiedyś chyba bywało to 10, ale choroba postępuje.
Wiedziałem że moja choroba postępuje, kiedy 4 zmieniło się w 10, 10 przeszło w 25 lub 50, a 25 lub 50 stało się 100. Kiedy bylem w liceum moja koleżanka pisała opowiadanie o kimś kto był based on me i ten ktoś mieszał herbatę zawsze po 4 razy wydawało mi się to absurdalne – może i mam zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, ale dlaczego miałbym mieć takie nic nieznaczące rytuały. Pod koniec studiów mieszalem herbatę po 100 razy w jedną i 100 razy w drugą stronę. Mieszałem też tak próbki gleby w laboratorium, gdzie robiłem pracę magisterką, mając tych próbek 16. 100 razy w jedną i 100 razy w drugą razy 16 daje 3200 powtórzeń, Witamy w piekle.
To jest ta historia, którą chcę wam opowiedzieć. Ta część zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych o której się zwykle nie mówi. Bez względu na to, czy masz obsesję na punkcie mycia rąk, czy nie – to nie samo mycie rąk tak naprawdę jest problemem.